zaraz Pelopie/ Winszyś postaci/ nie będąc w ukropie. Lirycorum Polskich.
Leć te w twej chorobie/ Mniej potrzebne tobie
Lekarstwa/ które Gallizantes bierą/ Ci co się radzi spółkują z Wenerą.
Wiem niebyłać miłą/ Boś się wszytką siłą
Chronił Basztarda/ Onej Kupidyna/ Skąd twej niemocy podobno przyczyna.
Tak źrebiec pierzchliwy/ Nieda na Bóg żywy/
W niewiadome nóg opinać forgocze Aż musi; wniwecz/ co się uszamoce.
I ty gwoli zdrowiu/ Masz być pogotowiu.
Lekarstw Nohela/ i porady słuchać. A potym radzę/ i na zimną dmuchać.
Wprzód puszczadłem z stali/ (Któż się nie uzali.)
W zyłę
záraz Pelopie/ Winszyś postáci/ nie będąc w vkropie. Lyricorum Polskich.
Leć te w twey chorobie/ Mniey potrzebne tobie
Lekárstwá/ ktore Gallizantes bierą/ Ci co się rádźi społkuią z Wenerą.
Wiem niebyłáć miłą/ Boś się wszytką śiłą
Chronił Básztárdá/ Oney Kupidyná/ Zkąd twey niemocy podobno przyczyná.
Ták źrebiec pierzchliwy/ Nieda ná Bog żywy/
W niewiádome nog opináć forgocze Aż muśi; wniwecz/ co się vszámoce.
Y ty gwoli zdrowiu/ Masz bydz pogotowiu.
Lekarstw Nohelá/ y porády słucháć. A potym rádzę/ y ná źimną dmucháć.
Wprzod puszczádłem z stali/ (Ktoż się nie vzali.)
W zyłę
Skrót tekstu: KochProżnLir
Strona: 170
Tytuł:
Liryka polskie
Autor:
Wespazjan Kochowski
Drukarnia:
Wojciech Górecki
Miejsce wydania:
Kraków
Region:
Małopolska
Typ tekstu:
wiersz
Rodzaj:
liryka
Gatunek:
pieśni
Poetyka żartu:
nie
Data wydania:
1674
Data wydania (nie wcześniej niż):
1674
Data wydania (nie później niż):
1674
W proch się obrócić może i będzie próchniało, Pierwej niebo poroście trawą, a na ziemi Gwiazdy będą świeciły, pierwej zielonemi Morze drzewy obrośnie, a wysokie skały Będą ostrymi wierzchy niebiosów sięgały, Pierwej wilków kozłowie bić będą brodami, A psów będą doganiać jelenie rogami, Pierwej orła skowronek dotrzyma bujnego, A lwa zając udawi pierzchliwy srogiego, Pierwej tęskliwy komór jako żubr utyje, A drobna mrówka morze bezdenne wypije, Pierwej i żółw leniwy zbieży okrąg świata, Pierwej się nazad wrócą przepędzone lata, Niźli ty mnie z pamięci wyńdziesz, me kochanie, Albo cię serce moje szanować przestanie, Abo niż cię opuszczę, dziewczę urodziwe, Abo cię słowa moje
W proch się obrócić może i będzie próchniało, Pierwej niebo poroście trawą, a na ziemi Gwiazdy będą świeciły, pierwej zielonemi Morze drzewy obrośnie, a wysokie skały Będą ostrymi wierzchy niebiosów sięgały, Pierwej wilków kozłowie bić będą brodami, A psów będą doganiać jelenie rogami, Pierwej orła skowronek dotrzyma bujnego, A lwa zając udawi pierzchliwy srogiego, Pierwej teskliwy komor jako żubr utyje, A drobna mrówka morze bezdenne wypije, Pierwej i żółw leniwy zbieży okrąg świata, Pierwej się nazad wrócą przepędzone lata, Niźli ty mnie z pamięci wyńdziesz, me kochanie, Albo cię serce moje szanować przestanie, Abo niż cię opuszczę, dziewczę urodziwe, Abo cię słowa moje
Skrót tekstu: ZbierDrużBar_II
Strona: 599
Tytuł:
Wiersze zbieranej drużyny
Autor:
Anonim
Miejsce wydania:
nieznane
Region:
nieznany
Typ tekstu:
wiersz
Rodzaj:
liryka
Gatunek:
fraszki i epigramaty
Poetyka żartu:
nie
Data wydania:
1675
Data wydania (nie wcześniej niż):
1675
Data wydania (nie później niż):
1675
Tekst uwspółcześniony:
tak
Tytuł antologii:
Poeci polskiego baroku
Redaktor wersji uwspółcześnionej:
Jadwiga Sokołowska, Kazimiera Żukowska
Miejsce wydania wersji uwspółcześnionej:
Warszawa
Wydawca wersji uwspółcześnionej:
Państwowy Instytut Wydawniczy
Data wydania wersji uwspółcześnionej:
1965
Wściekłem gniewem i żalem razem poruszony, Woła nań strasznem głosem, aby zawściągniony Stanął i poczekał go, i grozi mu srodze I koniowi w bok kładzie obiedwie ostrodze.
VII.
On mu nie odpowiada i nie dba nic na ty Pogromy, obrócony na zysk tak bogaty, I tak rączo wciąż bieży przez gęstwę pierzchliwy, Że wiatr, z niem porównany, zwać może leniwy. Jeden ucieka, drugi goni: lasy one Brzmią, wrzaskiem pochwyconej dziewki uderzone; Z których wbiegli na łąkę wielką, gdzie osobny Pałac beł na ustroniu wielki i ozdobny.
VIII.
Z marmuru, który sztucznie z wierzchu beł rzezany, Różnego pyszny pałac beł
Wściekłem gniewem i żalem razem poruszony, Woła nań strasznem głosem, aby zawściągniony Stanął i poczekał go, i grozi mu srodze I koniowi w bok kładzie obiedwie ostrodze.
VII.
On mu nie odpowiada i nie dba nic na ty Pogromy, obrócony na zysk tak bogaty, I tak rączo wciąż bieży przez gęstwę pierzchliwy, Że wiatr, z niem porównany, zwać może leniwy. Jeden ucieka, drugi goni: lasy one Brzmią, wrzaskiem pochwyconej dziewki uderzone; Z których wbiegli na łąkę wielką, gdzie osobny Pałac beł na ustroniu wielki i ozdobny.
VIII.
Z marmuru, który sztucznie z wierzchu beł rzezany, Różnego pyszny pałac beł
Skrót tekstu: ArKochOrlCz_I
Strona: 250
Tytuł:
Orland Szalony, cz. 1
Autor:
Ludovico Ariosto
Tłumacz:
Piotr Kochanowski
Miejsce wydania:
nieznane
Region:
nieznany
Typ tekstu:
wiersz
Rodzaj:
epika
Gatunek:
poematy epickie
Poetyka żartu:
nie
Data wydania:
1620
Data wydania (nie wcześniej niż):
1620
Data wydania (nie później niż):
1620
Tekst uwspółcześniony:
tak
Redaktor wersji uwspółcześnionej:
Jan Czubek
Miejsce wydania wersji uwspółcześnionej:
Kraków
Wydawca wersji uwspółcześnionej:
Akademia Umiejętności
Data wydania wersji uwspółcześnionej:
1905
WIELmożnych Ich M. PP. Gostomskich.
GRADY WE krwawobitny z BELONa serdeczna, Pilnuj tego kelinotu, na Sławę swą wieczna. Stąd ozdobawam roście: gdyż GOSTOMSCY mężni Stawają w krwawym boju, jako Lwi potężni. Ci zawsze Eisumańskie Zawoje składali, Krew lejąc szablą ostrą, Zamki odbierali. Pomni zminnik Moskiewski, i Scyta pierzchliwy, Gdy ich z tego Klejnotu bił Mąż nie lekliwy. Zaczym PALLAS tę Dzielność w Senat wprowadziła I Wiarę przeciw królom w Gostomskich w szczepiła. Kwitnisz wiecznopamiętny Klejnoście w Koronie, Obmyślając swym Męstwem o zwykłej obronie.
Non bene pro toto Libertas venditur auro. Drogi Klelinot WOLNOŚCI nie oszacowany/ Chociaż za wszytko złoto/ zleby
WIELmoznych Ich M. PP. Gostomskich.
GRADY WE krwáwobitny z BELONa serdeczna, Pilnuy tego kelynotu, ná Sławę swą wieczna. Stąd ozdobáwam roście: gdyż GOSTOMSCY mężni Stawáią w krwáwym boiu, iáko Lwi potężni. Ci záwsze Eisumáńskie Zawoie skłádáli, Krew leiąc száblą ostrą, Zamki odbieráli. Pomni zminnik Moskiewski, y Scytá pierzchliwy, Gdy ich z tego Kleynotu bił Mąż nie lekliwy. Záczym PALLAS tę Dzielność w Senat wprowádziłá Y Wiárę przeciw krolom w Gostomskich w sczepiła. Kwitnisz wiecznopámiętny Kleynoście w Koronie, Obmysláiąc swym Męstwem o zwykłey obronie.
Non bene pro toto Libertas venditur auro. Drogi Klelynot WOLNOSCI nie oszácowány/ Choćiaż zá wszytko złoto/ zleby
Skrót tekstu: WitkWol
Strona: 4
Tytuł:
Złota wolność koronna
Autor:
Stanisław Witkowski
Drukarnia:
Szymon Kempini
Miejsce wydania:
Kraków
Region:
Małopolska
Typ tekstu:
wiersz
Rodzaj:
teksty perswazyjne
Gatunek:
pisma polityczne, społeczne
Tematyka:
polityka
Poetyka żartu:
nie
Data wydania:
1609
Data wydania (nie wcześniej niż):
1609
Data wydania (nie później niż):
1609
„zrazu leniwie Wołoszyn poszedł — tylko co pierzchliwie Przed samem kresem. Mogę ja ugonić Co swoim koniem i kresu obronić Skoczywszy darsko przed tym wołoszynem, Czym się popiszę oraz przed tym gminem.” Z tym wypadnie w skok do Gołeckiego I krygując się tak rzecze do niego: „Przyznać, że koń twój rączy i pierzchliwy, Lecz i mój mniemam, że także jest żywy. Łóżmy o zakład te dziesięć czerwonych, A skoczmy z sobą i spróbujmy onych!” Na takie słowa — mało co mówiwszy, Tylko co zakład z mieszka odliczywszy, Równo stanąwszy z niem Gołecki skoczy W usilnym biegu — cel mając przed oczy. Witkop także z
„zrazu leniwie Wołoszyn poszedł — tylko co pierzchliwie Przed samem kresem. Mogę ja ugonić Co swoim koniem i kresu obronić Skoczywszy darsko przed tym wołoszynem, Czym się popiszę oraz przed tym gminem.” Z tym wypadnie w skok do Gołeckiego I krygując się tak rzecze do niego: „Przyznać, że koń twój rączy i pierzchliwy, Lecz i mój mniemam, że także jest żywy. Łóżmy o zakład te dziesięć czerwonych, A skoczmy z sobą i spróbujmy onych!” Na takie słowa — mało co mówiwszy, Tylko co zakład z mieszka odliczywszy, Równo stanąwszy z niem Gołecki skoczy W usilnym biegu — cel mając przed oczy. Witkop także z
Skrót tekstu: BorzNaw
Strona: 166
Tytuł:
Morska nawigacyja do Lubeka
Autor:
Marcin Borzymowski
Miejsce wydania:
Lublin
Region:
Małopolska
Typ tekstu:
wiersz
Rodzaj:
literatura faktograficzna
Poetyka żartu:
nie
Data wydania:
1662
Data wydania (nie wcześniej niż):
1662
Data wydania (nie później niż):
1662
Tekst uwspółcześniony:
tak
Redaktor wersji uwspółcześnionej:
Roman Pollak
Miejsce wydania wersji uwspółcześnionej:
Gdańsk
Wydawca wersji uwspółcześnionej:
Wydawnictwo Morskie
Data wydania wersji uwspółcześnionej:
1971
pocieszyć, Kędyś jest, nadobna Halino, Kędyś jest, kochana dziewczyno!
Lecz próżno cię moje szukają powieki, Której nie obaczą pod słońcem na wieki, Dobranoc, nadobna Halino, Dobranoc, kochana dziewczyno! DWUDZIESTY PIĄTY: OSTAFI
Z srogiej tęsknice opuściwszy ciało, Gdy serce moje z piersi wyleciało, Sam go ustroił Kupido pierzchliwy W swe forgi, sam mu dał lot popędliwy.
Serce postrzegszy, że Kupido skrzydeł Pozbył, chcąc wolne być od jego sideł, Wzbiło się w górę i tym się już cieszy, Że go bożeczek nie pojma pieszy.
Gdy ono buja pod samym obłokiem, Tyś go, Maryno, przeraźliwym okiem Jako piorunem nagłym
pocieszyć, Kędyś jest, nadobna Halino, Kędyś jest, kochana dziewczyno!
Lecz próżno cię moje szukają powieki, Której nie obaczą pod słońcem na wieki, Dobranoc, nadobna Halino, Dobranoc, kochana dziewczyno! DWUDZIESTY PIĄTY: OSTAFI
Z srogiej tesknice opuściwszy ciało, Gdy serce moje z piersi wyleciało, Sam go ustroił Kupido pierzchliwy W swe forgi, sam mu dał lot popędliwy.
Serce postrzegszy, że Kupido skrzydeł Pozbył, chcąc wolne być od jego sideł, Wzbiło się w górę i tym się już cieszy, Że go bożeczek nie poima pieszy.
Gdy ono buja pod samym obłokiem, Tyś go, Maryno, przeraźliwym okiem Jako piorunem nagłym
Skrót tekstu: ZimSRoks
Strona: 90
Tytuł:
Roksolanki
Autor:
Szymon Zimorowic
Miejsce wydania:
Kraków
Region:
Małopolska
Typ tekstu:
wiersz
Rodzaj:
utwory synkretyczne
Gatunek:
sielanki
Poetyka żartu:
nie
Data wydania:
1654
Data wydania (nie wcześniej niż):
1654
Data wydania (nie później niż):
1654
Tekst uwspółcześniony:
tak
Redaktor wersji uwspółcześnionej:
Ludwika Ślękowa
Miejsce wydania wersji uwspółcześnionej:
Wrocław
Wydawca wersji uwspółcześnionej:
Zakład Narodowy im. Ossolińskich
Data wydania wersji uwspółcześnionej:
1983
, I jam też do nikogo z tej Puszczy niewyszedł. Albo mnie w popiół Obróć, lub w letką perzynę, Albo mnie w ciasną zatrąć skały rozpadlinę. Jeszcze DAWID chciał dłuższe rozpościerać żale, Aż krżyk, hałas usłyszy w swojej głuchej skale. Wie już, że to na niego rozstawiają sieci, Jak pierzchliwy Jelonek trwogę w sercu wźnieci. Mówiąc, czy podobnaż to od tak wielkiej psiarnie, Uchronić się ze zdrowiem, i niezginąć marnie? Kiedy knieje splondrują dowodne Ogary, Pewnie mnie wyparują z podziemnej pieczary. Tu już ostatni termin miał DAWID zakończyć, Trosk swoich, tu się z życiem, tu z światem rozłączyć
, Y iam też do nikogo z tey Puszczy niewyszedł. Albo mnie w popioł obroć, lub w letką perzynę, Albo mnie w ciasną zátrąć skáły rozpadlinę. Jeszcze DAWID chciáł dłuższe rozpościerać żale, Aż krżyk, háłas usłyszy w swoiey głuchey skále. Wie iuż, że to ná niego rozstáwiáią sieci, Ják pierzchliwy Jelonek trwogę w sercu wźnieci. Mowiąc, czy podobnaż to od ták wielkiey psiarnie, Uchronić się ze zdrowiem, y niezginąć márnie? Kiedy knieie splondruią dowodne Ogáry, Pewnie mnie wypáruią z podzięmney pieczary. Tu iuż ostátni termin miał DAWID zákończyć, Trosk swoich, tu się z życiem, tu z światem rozłączyć
Skrót tekstu: DrużZbiór
Strona: 40
Tytuł:
Zbiór rytmów
Autor:
Elżbieta Drużbacka
Miejsce wydania:
Warszawa
Region:
Mazowsze
Typ tekstu:
wiersz
Rodzaj:
utwory synkretyczne
Gatunek:
pieśni, poematy epickie, satyry, żywoty świętych
Poetyka żartu:
nie
Data wydania:
1752
Data wydania (nie wcześniej niż):
1752
Data wydania (nie później niż):
1752
dają pokoju, Ze Panią chleba wiożą a nie boju. Spuszczają co raz tę Machinę bliżej Z jasnych Obłoków, już ku ziemi mierzy, I gdy już stanąć niepotrafi niżej, Kilką Piorunów Jupiter uderzy, Ile zaś razy zagrzmi ile błyśnie Tyle Rac z swego Arsenału ciśnie. Lud przestraszony będąc w takim huku Jak zwierz pierzchliwy od Strzelby ucieka, Jeden rozumie że wziął strzałę z łuku Drugi ratunku ogłuszony czeka, Trzeci jakby go wyprowadził z łaźni, Spotniał do nitki od dżdżu czy z bojaźni.
Skoro ta burza ustąpi z hałasem, Firmament kolor Szafierowy bierze Bogini złotym przepasana pasem Pod Baldachynem siedzi w pięknej cerze, W kłosianym więńcu Niebieskiej roboty,
daią pokoju, Ze Pánią chleba wiożą á nie boju. Spuszczaią co raz tę Machinę bliżey Z iasnych Obłokow, iuż ku zięmi mierzy, Y gdy iuż stánąć niepotrafi niżey, Kilką Piorunow Jupiter uderzy, Jle zaś rázy zágrzmi ile błyśnie Tyle Rac z swego Arsenału ciśnie. Lud przestraszony będąc w tákim huku Ják zwierz pierzchliwy od Strzelby ucieka, Jeden rozumie że wziął strzáłę z łuku Drugi rátunku ogłuszony czeka, Trzeci iakby go wyprowádził z łaźni, Spotniał do nitki od dzdzu czy z boiaźni.
Skoro ta burza ustąpi z háłasem, Firmament kolor Száfierowy bierze Bogini złotym przepasana pasem Pod Báldachynem siedzi w piękney cerze, W kłosianym więńcu Niebieskiey roboty,
Skrót tekstu: DrużZbiór
Strona: 110
Tytuł:
Zbiór rytmów
Autor:
Elżbieta Drużbacka
Miejsce wydania:
Warszawa
Region:
Mazowsze
Typ tekstu:
wiersz
Rodzaj:
utwory synkretyczne
Gatunek:
pieśni, poematy epickie, satyry, żywoty świętych
Poetyka żartu:
nie
Data wydania:
1752
Data wydania (nie wcześniej niż):
1752
Data wydania (nie później niż):
1752
daremne, Choć mu się zda, iż razy oddaje wzajemne. I.
XL
Wprzód dziw najszkaradniejszy puszcza węża w oczy, Potem najbystrszem lotem na stronę uskoczy I dobywa z parszywych włosów drugiej źmije, Którą na piersi ciska; ta się pod blach kryje, Wnętrzności przechodząc wskróś. Rynald nieszczęśliwy O wygranej zwątpiwszy, koń bodzie pierzchliwy, Ucieka, ale darmo; bo jędza brzydliwa W darskiem skoku za siodło do niego przybywa.
XLVII.
I lubo na prost bieży lub konia kieruje W bok, zawsze go przeklęta zaraza morduje. Nie może najść sposobów zbyć dziwu strasznego, Choć koń częstem wierzganiem pomaga do tego. Drży w niem serce; tak więc
daremne, Choć mu się zda, iż razy oddaje wzajemne. I.
XL
Wprzód dziw najszkaradniejszy puszcza węża w oczy, Potem najbystrszem lotem na stronę uskoczy I dobywa z parszywych włosów drugiej źmije, Którą na piersi ciska; ta się pod blach kryje, Wnętrzności przechodząc wskróś. Rynald nieszczęśliwy O wygranej zwątpiwszy, koń bodzie pierzchliwy, Ucieka, ale darmo; bo jędza brzydliwa W darskiem skoku za siodło do niego przybywa.
XLVII.
I lubo na prost bieży lub konia kieruje W bok, zawsze go przeklęta zaraza morduje. Nie może najść sposobów zbyć dziwu strasznego, Choć koń częstem wierzganiem pomaga do tego. Drży w niem serce; tak więc
Skrót tekstu: ArKochOrlCz_III
Strona: 265
Tytuł:
Orland szalony, cz. 3
Autor:
Ludovico Ariosto
Tłumacz:
Piotr Kochanowski
Miejsce wydania:
nieznane
Region:
nieznany
Typ tekstu:
wiersz
Rodzaj:
epika
Gatunek:
poematy epickie
Poetyka żartu:
nie
Data wydania:
1620
Data wydania (nie wcześniej niż):
1620
Data wydania (nie później niż):
1620
Tekst uwspółcześniony:
tak
Redaktor wersji uwspółcześnionej:
Jan Czubek
Miejsce wydania wersji uwspółcześnionej:
Kraków
Wydawca wersji uwspółcześnionej:
Akademia Umiejętności
Data wydania wersji uwspółcześnionej:
1905
Nigdyście tak szkaradnych razów nie widali, Nigdyście o straszliwszych ranach nie słychali, Jakowe srogi Rugier, Rugier niebłagany Zadawał: ucieka lud niezahamowany, Twarz jem blednie, strach wznosi najeżone włosy, Wrzask, krzyk, huk, płacz, stękanie leci pod niebiosy. W mgnieniu oka pułki się wszystkie pomieszały I bez wstydu pierzchliwy tył pokazowały.
LXXX
Z wyniosłego pagórka Leon utroskany Widząc nieuleczone swych żołnierzów rany, Wzdycha, bojaźń niem trzęsie, ale myśli swoje Topi w Rugierze, przykre co świeżo wszczął boje I sam z przedniejszych mężów wojsko zniósł skupione, Namioty powywracał, hojną krwią zbroczone, Ani się może wstrzymać, nieporównanego Aby nie miał sam w
Nigdyście tak szkaradnych razów nie widali, Nigdyście o straszliwszych ranach nie słychali, Jakowe srogi Rugier, Rugier niebłagany Zadawał: ucieka lud niezahamowany, Twarz jem blednie, strach wznosi najeżone włosy, Wrzask, krzyk, huk, płacz, stękanie leci pod niebiosy. W mgnieniu oka pułki się wszystkie pomieszały I bez wstydu pierzchliwy tył pokazowały.
LXXX
Z wyniosłego pagórka Leon utroskany Widząc nieuleczone swych żołnierzów rany, Wzdycha, bojaźń niem trzęsie, ale myśli swoje Topi w Rugierze, przykre co świeżo wszczął boje I sam z przedniejszych mężów wojsko zniósł skupione, Namioty powywracał, hojną krwią zbroczone, Ani się może wstrzymać, nieporównanego Aby nie miał sam w
Skrót tekstu: ArKochOrlCz_III
Strona: 330
Tytuł:
Orland szalony, cz. 3
Autor:
Ludovico Ariosto
Tłumacz:
Piotr Kochanowski
Miejsce wydania:
nieznane
Region:
nieznany
Typ tekstu:
wiersz
Rodzaj:
epika
Gatunek:
poematy epickie
Poetyka żartu:
nie
Data wydania:
1620
Data wydania (nie wcześniej niż):
1620
Data wydania (nie później niż):
1620
Tekst uwspółcześniony:
tak
Redaktor wersji uwspółcześnionej:
Jan Czubek
Miejsce wydania wersji uwspółcześnionej:
Kraków
Wydawca wersji uwspółcześnionej:
Akademia Umiejętności
Data wydania wersji uwspółcześnionej:
1905