Czego dotąd swymi Ze oczyma nie widzisz/ wielka to nowina/ Zaczym w takim obrocie będąc co godzina/ W siłach już ustawamy/ i błache te proce Strzelać ich nie nadążą. A co nam wysoce Ważyć sobie potrzeba/ i bez wątpliwości Dobrotliwych przeczytać Bogów opatrzności/ Gdyby się nie przebiegał jeden tu Młodzieniec W białym lekkim Teleju/ Wawrzynowy wieniec Mając świej na głowie/ a z biodr opuszczony Luk i kołczżan z strzałami/ Dawnoby obrony Nasze te nie zdołały. Wiedzieć nie możemy Kto i skąd jest: To jednak przyznać mu musiemy Ze nas często od srogich napaści tych broni/ Niepochybnie strzelając. Luboli w pogoni/ Lubo w czoło Niedzwiedzia/
Czego dotąd swymi Ze oczymá nie widzisz/ wielka to nowiná/ Záczym w tákim obrocie będąc co godziná/ W siłách iuż vstawamy/ y błache te proce Strzeláć ich nie nádążą. A co nąm wysoce Ważyć sobie potrzebá/ y bez wątpliwości Dobrotliwych przeczytáć Bogow opátrzności/ Gdyby się nie przebiegał ieden tu Młodzieniec W białym lekkim Teleiu/ Wáwrzynowy wieniec Máiąc świey ná głowie/ á z biodr opuszczony Luk y kołczżan z strzáłámi/ Dawnoby obrony Násze te nie zdołáły. Wiedzieć nie możemy Kto y zkąd iest: To iednák przyznáć mu musiemy Ze nas często od srogich napáści tych broni/ Niepochybnie strzeláiąc. Luboli w pogoni/ Lubo w czoło Niedzwiedziá/
Skrót tekstu: TwarSPas
Strona: 60
Tytuł:
Nadobna Paskwalina
Autor:
Samuel Twardowski
Miejsce wydania:
Kraków
Region:
Małopolska
Typ tekstu:
wiersz
Rodzaj:
epika
Gatunek:
poematy epickie
Poetyka żartu:
nie
Data wydania:
1701
Data wydania (nie wcześniej niż):
1701
Data wydania (nie później niż):
1701
tylko wstręt dawa, Że kędy iść, nie wiedzą: bo hetman do szyku Poszedł w pole; dopiero dociekszy po krzyku, Kędy hardy Karakasz i strzela, i ścina, Tam się wali serdecznie wojskowa drużyna. Już tam w pięknym podczaszy szedł rycerstwa gronie, Gdzie Karakasz piechotę Mościńskiego żonie, Którego kiedy w złotym obaczy teleju, Pozna wodza; jakoby to miał w przywileju. Gdy mniejszych biją mniejszy, w równia każdy mierzy; Sam Achilles w Hektora bezpiecznie uderzy. „Dosyć, dosyć odwagi, dosyć sławy!” rzecze, Wraz go ostrym przez piersi koncerzem przewlecze, A ten mdleje i bułat puści z ręku goły. Toż co
tylko wstręt dawa, Że kędy iść, nie wiedzą: bo hetman do szyku Poszedł w pole; dopiero dociekszy po krzyku, Kędy hardy Karakasz i strzela, i ścina, Tam się wali serdecznie wojskowa drużyna. Już tam w pięknym podczaszy szedł rycerstwa gronie, Gdzie Karakasz piechotę Mościńskiego żonie, Którego kiedy w złotym obaczy teleju, Pozna wodza; jakoby to miał w przywileju. Gdy mniejszych biją mniejszy, w równia każdy mierzy; Sam Achilles w Hektora bezpiecznie uderzy. „Dosyć, dosyć odwagi, dosyć sławy!” rzecze, Wraz go ostrym przez piersi koncerzem przewlecze, A ten mdleje i bułat puści z ręku goły. Toż co
Skrót tekstu: PotWoj1924
Strona: 226
Tytuł:
Transakcja Wojny Chocimskiej
Autor:
Wacław Potocki
Miejsce wydania:
nieznane
Region:
Małopolska
Typ tekstu:
wiersz
Rodzaj:
epika
Gatunek:
poematy epickie
Tematyka:
wojskowość
Poetyka żartu:
nie
Data wydania:
1670
Data wydania (nie wcześniej niż):
1670
Data wydania (nie później niż):
1670
Tekst uwspółcześniony:
tak
Redaktor wersji uwspółcześnionej:
Aleksander Brückner
Miejsce wydania wersji uwspółcześnionej:
Kraków
Wydawca wersji uwspółcześnionej:
Zakład Narodowy im. Ossolińskich
Data wydania wersji uwspółcześnionej:
1924
beł sposobniejszy na niem ku przyszłemu Pojedynkowi; dzieli bohatyr wspaniały Miedzy swe zdobycz drogą i łup okazały. Serce wielkie nie chce być samo ucześnikiem Tych fortun, do których ma Boga przewodnikiem.
XXIX.
Wróciwszy się, do nowej potrzeby mieć chcieli Nowe szaty, w którychby na koniech siedzieli. Wysoką Orland wieżą na teleju swojem Dał haftować, co ją Bóg zniósł piorunem trojem, Oliwier psa w pancerzu, na którem gotowa Obróż jest, a na tej zaś szyte w ten kształt słowa: „Męstwu przy roztropności każdy ustępować Musi, chyba żeby chciał sromotnie szwankować”. .
XXX.
Brandymarte dla ojca swojego miłości, Co szerokich, umarwszy
beł sposobniejszy na niem ku przyszłemu Pojedynkowi; dzieli bohatyr wspaniały Miedzy swe zdobycz drogą i łup okazały. Serce wielkie nie chce być samo ucześnikiem Tych fortun, do których ma Boga przewodnikiem.
XXIX.
Wróciwszy się, do nowej potrzeby mieć chcieli Nowe szaty, w którychby na koniech siedzieli. Wysoką Orland wieżą na teleju swojem Dał haftować, co ją Bóg zniósł piorunem trojem, Oliwier psa w pancerzu, na którem gotowa Obróż jest, a na tej zaś szyte w ten kształt słowa: „Męstwu przy roztropności każdy ustępować Musi, chyba żeby chciał sromotnie szwankować”. .
XXX.
Brandymarte dla ojca swojego miłości, Co szerokich, umarwszy
Skrót tekstu: ArKochOrlCz_III
Strona: 234
Tytuł:
Orland szalony, cz. 3
Autor:
Ludovico Ariosto
Tłumacz:
Piotr Kochanowski
Miejsce wydania:
nieznane
Region:
nieznany
Typ tekstu:
wiersz
Rodzaj:
epika
Gatunek:
poematy epickie
Poetyka żartu:
nie
Data wydania:
1620
Data wydania (nie wcześniej niż):
1620
Data wydania (nie później niż):
1620
Tekst uwspółcześniony:
tak
Redaktor wersji uwspółcześnionej:
Jan Czubek
Miejsce wydania wersji uwspółcześnionej:
Kraków
Wydawca wersji uwspółcześnionej:
Akademia Umiejętności
Data wydania wersji uwspółcześnionej:
1905